Do bani

Czasem nachodzi mnie myśl, że rodzicielstwo bliskości jest do bani. Nie, nie zmieniłam zdania, nadal je uprawiam, chociaż to ciężka orka. Ba! To tytaniczna praca często ponad moje siły i tylko z tego powodu rodzicielstwo bliskości jest do bani.

Do bani

Jeszcze trochę i będę potrzebowała psychoterapii. A może już jej potrzebuje? Poświęcenie, jakie wkładam w macierzyństwo i walkę, aby panować nad sobą, nad własnymi emocjami jest ogromne. Często ponoszę porażki i muszę walczyć z poczuciem bezradności i beznadziejności. Pandemia wcale nie sprzyja, tylko pogłębia trudności. Rodzicielstwo bliskości, choć z ogromnym pożytkiem dla dzieci, na nas, dorosłych, odbija się czkawką, bo wymaga od nas ciężkiej pracy, nadrabiania zaległości związanymi ze zrozumieniem, umiejętnym wyrażaniem i opanowywaniem własnych emocji.

Piętno pokolenia

Zakładam, że należysz do pokolenia, które wychowywane było w inny sposób niż poprzez rodzicielstwo bliskości. Lanie paskiem, krzyki, kary, zaprzeczanie emocjom to była ówczesna norma. Lekceważenie uczuć i potrzeb dzieci panoszyło się zarówno w domu, jak i placówkach wychowawczych. Teksty typu „Nie ma co płakać”, „Ale z Ciebie beksa” i tym podobne były na porządku dziennym. Stanie w kącie, czy odsiadka w ostatniej ławce nikogo nie dziwiły. Zdarzało się nawet lanie linijką po dłoni. Nikogo to nie peszyło, nikt z tym nie dyskutował – najwyraźniej należało się nicponiowi.

Szufladkowanie łobuzów, nieuków, głupków było o wiele łatwiejsze niż pochylenie się nad problemem i zrozumienie, z jakiego powodu dziecko ma kłopoty z zachowaniem, czy nauką. Całe szczęście od tej reguły były wyjątki. Mam wrażenie, że podświadomie jako dzieci czuliśmy tą niesprawiedliwość i brak empatii. Im bardziej się buntowaliśmy, tym bardziej byliśmy tłumieni. Pozostały z nami kompleksy, brak pewności siebie i mnóstwo złych wzorców.

Nie ma co się dziwić, że tak było. Dostęp do wiedzy był ograniczony. Nauka dopiero od niedawna zrobiła ogromne postępy. Obecnie wiemy, że niektóre zachowania wynikają z urody pracy mózgu, a nie ze złej woli dziecka czy błędów rodziców. Dziś możesz kupić książkę, zapisać się na kurs, by świadomie wychowywać dzieci. I bardzo dobrze!

Do nikogo też nie mam pretensji – wychowywano nas w innej rzeczywistości, bez dostępu do wiedzy, bez Internetu, bez obecnych osiągnięć nauki. Nic na to nie poradzimy, że jako dorośli zostaliśmy prawie z niczym i najczęściej razem z dziećmi uczymy się akceptacji, pewności siebie i panowania nad emocjami w tym samym czasie. A to kosztuje.

I to jakim kosztem!

Aby świadomie wychowywać musimy dysponować czasem – na naukę i pracę nad samym sobą, a czasu zwykle mamy niewiele. Chcemy się dla naszych dzieci zmienić, a to wymaga i cierpliwości i czasu, a przecież zarówno czas, jak i cierpliwość równocześnie musimy poświęcać dzieciom. Frustracja rośnie. Jeśli dorzucimy do tego nasze kompleksy (zakładam, że każdy jakieś ma), jak mała wiara w siebie (stłumiona przez błędny ówcześnie system wychowawczy) mozolnie wspinamy się wyboistą drogą pod górę.

Pomimo przebytego kursu, czy przeczytanych książek, zdobyta wiedza w praktyce często bierze w łeb. Kiedy czujemy się bezsilni, brakuje nam pomysłów lub cierpliwości, nasza podświadomość automatycznie serwuje nam stare triki i metody, które nam serwowano za młodu. Gdy jesteśmy już poza kontrolą, zaczynamy karcić, krzyczeć lub szarpać i zostajemy później z poczuciem winy i przekonaniem, że jesteśmy nieudolni. Schemat się powtórzył, a my świadomi konsekwencji, często zapadamy się w sobie albo buntujemy się, twierdząc, że te nowe metody są do bani, że tak się nie da, że to zbyt trudne.

Masz prawo do błędów

To NORMALNE i masz PRAWO tak się czuć. I wcale nie jesteś beznadziejna, czy beznadziejny. Po prostu się uczysz, a podczas nauki zawsze musi być miejsce na błędy i porażkę. Nie uczono nas, że mamy prawo do uczuć, to jedna z przyczyn dlaczego trudno jest nam zaakceptować niepowodzenia. Bardzo często chcemy zbyt szybko się zmienić lub dążymy do ideału, który nie istnieje. Nawet doświadczony psycholog, czy pedagog z dużym stażem potrafi stracić kontrolę nad sobą. Nie ma ideałów.

Na naukę bycia zrównoważonym emocjonalnie i świadomym rodzicem potrzeba czasu i to nie dwóch dni, dwóch tygodni, dwóch miesięcy, czy nawet dwóch lat. Wszystko zależy od Twoich predyspozycji, Twojej sytuacji i zdobytych do tej pory doświadczeń. Nieważne ile czasu Ci to zajmie, najważniejsze, że się nie poddajesz i starasz się dalej. Błędy i niepowodzenia są wpisane w ten proces.

Jeśli będziesz wobec siebie szczera lub szczery, wszystko się ułoży. Jeśli wylejesz swoją frustrację na najbliższych, zawsze możesz szczerze porozmawiać, dlaczego tak się stało i przeprosić. Przed Tobą nadal ciężka praca i masz prawo do słabości, nie da się siebie samego przeprogramować, nie jesteś przecież robotem.

Wiem, brzmi trochę do bani, jednak nikt nie mówił, że będzie łatwo. Będzie cholernie trudno! Jestem jednak przekonana, że warto, by nasze dzieci były bardziej zrównoważone emocjonalnie i pewnie kroczyły przez życie.

Jeśli artykuł sprowokował Cię do przemyśleń na temat wychowania dzieci, napisz na kontakt@julkaszpulka.pl

Jeśli uważasz, że wpis jest wartościowy i warto podzielić się z kimś, kto ma podobne problemy, będzie mi miło, jeśli się nim podzielisz.

Photo by Ricardo Moura on Unsplash

 

 

Podziel się:

Poprzedni wpis
Międzypokoleniowa bomba zegarowa
Następny wpis
Straszne zagadki Szpulki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Wymagane jest wypełnienie tego pola.
Wymagane jest wypełnienie tego pola.
Proszę wprowadzić prawidłowy adres e-mail.

Menu