Mogę wreszcie być sobą! – rozmowa z Anetą Łapką

Rodzice po godzinach

ISANI Handmade to marka stworzona przez Anetę, mamę Hani, kobietę czerpiącą garściami pomysły z pedagogiki Montessori. Jest też grafikiem z zawodu, a z zamiłowania z ogromnym zapałem tworzy sensoryczne i edukacyjne zabawki dla dzieci. Z jakiego powodu to robi? Co ją do tego zainspirowało? Sama o tym Wam opowie. Zapraszam do kolejnej rozmowy z cyklu #DzieciInspirują!

Będzie też o:

  • legalnym tarzaniu się w piasku
  • samodzielności
  • przestymulowaniu dzieci
  • o potrzebie powrotu do natury
  • kreatywności
  • rodzicielstwie bliskości
  • wypuszczaniu spod klosza

Maja, mama Julki (i Szpulki): Aneto, czym się zajmowałaś, zanim zostałaś mamą?

Aneta, mama Hani: W wieku trzydziestu lat spełniłam swoje marzenie i poszłam na studia. Ukończyłam grafikę projektową w Łodzi i zaczęłam pracę w wymarzonym zawodzie. Od zawsze tworzyłam coś manualnie, najpierw korale z modeliny, a będąc w ciąży breloczki z filcu.

Czy pojawienie się Hani przeszkodziło Ci w tej pracy twórczej?

Po urodzeniu Hani poszłam na urlop macierzyński, a dalej wychowawczy. Porzuciłam breloczki, bo bałam się, że dziecko zje drobne elementy. Ponieważ jestem późną mamą, dostawałam rady od rodziny trochę z innej epoki. I tak zaczęła się moja przygoda z rodzicielstwem bliskości, metoda Montessori i chustonoszeniem. Stałam się bardziej odpowiedzialna i świadoma potrzeb dziecka, bo wcześniej bardzo się bałam, że nie podołam. 

Chustonoszenie dało mi poczucie bliskości, stworzyło więź między mną a córką. Dzięki temu byłam spokojna, bo wiedziałam, co dzieje się z dzieckiem. Dziecko też jest spokojne, bo jest przy mamie. No i miałam wolne ręce.

Żeby coś tymi rękami tworzyć?

Też! Rodzicielstwo bliskości przede wszystkim pozwala wczuć się w emocje dziecka, wyjść z jego poziomu, pobyć z nim w tych emocjach, zrozumieć, co dzieje się w jego głowie. Nie traktujemy wtedy dziecka z góry – „Ja, rodzic mądry i większy, a Ty dzieciaku nic nie wiesz”. W rodzicielstwie bliskości stajemy się częścią jego uczuć, jego świata.

Metoda Montessori z kolei pozwala dziecku być małym dorosłym. To ono decyduje, w co się ubierze, że może się samodzielnie ubrać, czy wynieść po sobie naczynia. Też oczywiście trzeba przygotować przestrzeń tak, by dziecko mogło sobie poradzić, na przykład potrzebne elementy postawić tak, by małe rączki mogły po nie sięgnąć. Wówczas dziecko od małego czuje się ważne. My jesteśmy tylko obok, podsuwamy rozwiązania, pokazujemy, wspieramy, ale to dziecko ostatecznie wybiera i decyduje. Rodzic jedynie podąża za potrzebami dziecka, nie wciska na siłę swoich przekonań.

Dzięki temu w dziecku rośnie poczucie wartości, że jego zdanie się liczy, że coś umie sam, doświadcza życie w praktyce, nie z obrazków czy książek. Kocham tą metodę właśnie za prawdziwość życia, za poszanowanie potrzeb innych ludzi, za indywidualne podejście do każdego dziecka.

Czy dzięki temu, Ty też się zmieniłaś?

Tak. Stałam się bardziej odpowiedzialna. Na przykład z Hanią jeżdżę wolniej, zabieram ze sobą w podróż stos „przydasi”. Dziecko wyzwoliło we mnie tą uśpioną dziewczynkę. Przypomniałam sobie o marzeniach, planach. Mogę swobodnie turlać się z nią w piasku i nikt mi się nie przyglądał, bo jako mama mogę to robić. Mogę pozwolić sobie na wyciągnięcie mojej romantyczności z kieszeni. Nie musze już być tak strasznie poważna. Teraz z dzieckiem, z firmą z zabawkami mogę być tym szalonym ptakiem z głupimi pomysłami. Mogę wreszcie być sobą.

Cieszę się, że udało Ci się osiągnąć taki stan. Jestem jednak ciekawa, czy były też ciemniejsze strony. Czy macierzyństwo okazało się dla Ciebie dużym wyzwaniem?

Wyzwań było dużo, ale mam wrażenie, że zostałam stworzona do bycia mamą. Jako, że Hanię urodziłam w wieku 37 lat, stałam się taką matką-kurą. Córka jedynaczka i ja jako „późna mama” to wszystko spowodowało, że chowałam ją pod kloszem. Jednak im Hania jest starsza, tym bardziej starałam się to zmieniać.

Poza tym córka miała nocne kolki i była nadwrażliwa na dźwięki. Z czasem okazało się, że ma też problemy z integracją sensoryczną. Wyczytałam, że często występują, jeśli ciąża zakończyła się cesarskim cięciem. Moja księżniczka usiadła sobie jak na ziarnku grochu i nie chciała się odkręcić.

Co to znaczy? Możesz to wyjaśnić?

Do końca ciąży, nie odkręciła się do porodu głową w dół, dlatego teraz mówię, że jak księżniczka jest delikatna i wrażliwa.

Gdy wreszcie pojawiła się Twoja „księżniczka”, czy w Twoje życie zmieniło się o 180 stopni? A może tylko o 90? 

Tak, zmieniło się. Nie wyobrażałam sobie, że wracam do pracy i zostawiam Hanię pod opieką kogoś obcego, że nie słyszę jej pierwszych słów, gestów czy kroków. Moment powrotu do pracy odciągałam w nieskończoność. Wpierw macierzyński, a później wychowawczy, nawet do 2,5 roku życia Hani. 

Czy problemy z integracją sensoryczną Twojej córki zainspirowały Cię do stworzenia zabawek sensorycznych?

Tak, rzeczywiście tak było, że te problemy zainspirowały mnie do tworzenia pomocy edukacyjnych. Wraz z rozwojem Hani, wychodziłam naprzeciw jej potrzebom. Wpierw tworzyłam szeleściki i metkowce, a później sortery. Lubiłam dłubać ręcznie, coś pleść, więc wszystko się szybko spasowało.

Chodząc na klub kangura, gdzie spotykałam inne mamy pokazywałam im swoje zabawki i słuchałam ich opinii. Okazało się, że całkiem duże jest zainteresowanie takimi produktami, bo jest ich mało na rynku. Pojawiło się pytanie:” A może by tak robić to na poważnie? Może nie muszę wcale wracać do pracy po wychowawczym?”. Chodziłam  z tym tematem długo, bałam się czy dam sobie radę. Mąż mnie wspierał, ale też ostrzegał przed zagrożeniami prowadzenia własnej firmy. Miałam też świadomość, że nie będzie to praca, którą skończę o 16 pracę i finito. Jednak kiedy w Wigilię mąż złożył mi życzenia, żebym otworzyła firmę,  skrzydła mi urosły i wiedziałam, że nie ma innego wyjścia 😉

A dzisiaj prowadzisz blog i tworzysz zabawki dla dzieci. 

Zależy mi na świadomości. Aby ludzi inspirować, edukować, że te wszystkie świecąco-grające zabawki to nie jest dobro tego świata, że potrafią przestymulować dziecko. Chcę pokazać ludziom, że można bez elektroniki, że powrót do korzeni, natury, przyrody jest tym, co w nas gra, co jest nam potrzebne.

Tradycyjne drewniane zabawki, to rzecz, którą dziecko wykorzysta na tysiąc sposobów, co buduje kreatywność, wspiera małą motorykę, rozwija. Dla mnie ważne jest, aby wraz z zabawką szła wiedza, jak ją wykorzystać, jak wspierać rozwój dziecka.

To piękna idea i zakładam, że czasochłonna. Jak znajdujesz na to czas i skąd masz na to motywację?

Praca to moje drugie dziecko. Tutaj w pracowni, odpoczywam. Dłubiąc, szlifując i farbując relaksuję się. Motywują mnie wszystkie opinie i zdjęcia od klientów. Informacje, że to ważny post, kiedy piszę, że problemy z integracją sensoryczną to powszechny problem, że dziecko jest niegrzeczne, złośliwe tylko dlatego, że może mieć problem z SI. Cieszę się, kiedy mogę dzielić się wiedzą, jaką mam w tym zakresie – z doświadczenia. Mówić o tym, jak my sobie radzimy z problemami.

I jeszcze na koniec. Czy dzieci inspirują Cię na co dzień? Do czego?

Kocham obserwować rozwój córki. Jej fascynację przyrodą, tym, jak proste ma rozwiązania, kiedy się cieszy na widok każdego znalezionego kamienia. Zachwyca mnie jej szczerość i życie bez kalkulacji, co bardziej się opłaca, wrażliwość na krzywdę motylka i ptaka. Hania inspiruje mnie do tego, aby czuć i widzieć świat jej oczami, oczami dziecka.

Produkty i zabawki stworzone przez Anetę znajdziesz na: https://www.isani.pl/

PS. Jeśli spodobał Ci się ten wywiad, udostępnij go swoim znajomym. Będzie zarówno mi, jak i Anecie bardzo miło.

PPS. Jeśli masz ochotę, zostaw komentarz lub napisz na kontakt@julkaszpulka.pl

 

Podziel się:

Poprzedni wpis
Macierzyństwo to czas zmian – rozmowa z Patrycją Maćkowską
Następny wpis
Macierzyństwo pozwoliło mi dorosnąć i zawalczyć o siebie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Wymagane jest wypełnienie tego pola.
Wymagane jest wypełnienie tego pola.
Proszę wprowadzić prawidłowy adres e-mail.

Menu