Zupa

Rodzice po godzinach

Na dnie garnka od trzech godzin leżą obrane warzywa. W zlewie piętrzą się naczynia, a obierki marchewki i pietruszki utworzyły chaotyczny stos na kuchennym blacie. Zupy dziś nie będzie. Z głośnym hukiem odstawiam garnek do lodówki, z impetem zamykam drzwi i bezradnie siadam na kanapie. Córeczka nadal płacze, a ja nie wiem, jak ją uspokoić. Zmęczona noszeniem jej na rękach, kładę się obok niej i przytulam. To był jeden z tych dni, gdzie nie byłam w stanie zrobić niczego poza opiekowaniem się dzieckiem.

Nieprzespana noc dawała się we znaki. Krótka drzemka w ciągu dnia, na którą tak bardzo liczyłam, także nie wypaliła. Czy to przez skok rozwojowy, czy ząbkowanie, mój kilkumiesięczny bobas ciągle domagał się uwagi. Tamtego dnia nie odczuwałam absolutnie żadnej satysfakcji z bycia mamą. Byłam skrajnie wyczerpana i miałam dość ciągle marudzącego i płaczącego dziecka, ciągłego pocieszania, wymyślania zabaw, przystawiania częściej niż zwykle do piersi. Czułam, że zatracam siebie w roli matki.

Uśmiechnęłam się na myśl, która przemknęła mi przez głowę, że osobiście wręczyłabym Nagrodę Nobla temu, kto wymyślił jedzenie w słoiczkach dla niemowląt. Szkoda, że nie miałam wówczas słoika z zupą dla siebie.

Takie dni zdarzały się sporadycznie, a czasem następowały po sobie jeden po drugim, budząc we mnie frustrację, a przecież to był dopiero początek przygody zwanej macierzyństwem. Bywały dni, kiedy miałam wrażenie, że zapadam się w sobie przez rosnące we mnie zniechęcenie, bezsilność, a nade wszystko poczucie winy. Uśmiechałam się sztucznie, tworzyłam pozory zaangażowania, wszelkie czynności wykonywałam bardziej jak automat niż człowiek.

Czułam się beznadziejną matką, całkowicie zdominowaną przez dziecko. Zwykle w takich chwilach rodzic jest zdany na siebie. Nawet, jeśli otrzymywałam wsparcie od partnera, rodziny czy przyjaciół to i tak samotnie toczyłam bój z własnym poczuciem winy i bezradnością, nie przyznając się do uczuć, jakie mną targały w obawie przed ocenianiem. W obawie, że jeśli wypowiem na głos, że mam dość bycia rodzicem, usłyszę „Jesteś złą matką”, „Jak możesz tak myśleć”, „Jak możesz tak czuć”. A jednak, czy komuś się to podoba, czy nie, nawet mnie samej, bywa, że czuję bezradność, poczucie winy, frustrację, złość, smutek i zniechęcenie.

Jakoś(ć)

Wkurzyłam się. Arsenał pomysłów, a zaliczam się raczej do dość kreatywnych osób, zarówno od wymyślania głupot, jak i rzeczy nieco mądrzejszych, już mi się kończył. Ciągła walka z dzieckiem wyczerpywała mnie dzień po dniu. Czułam się bezsilna wobec mojego kilkulatka, który miał w nosie wszelkie zasady, ustalenia, upominania, a bywało nawet, że groźby. Komunikacja między nami szwankowała, jakbyśmy odbierali na zupełnie innych częstotliwościach. Niemal otarłam się o depresję, lecz w końcu dotarłam do punktu, w którym musiałam wybrać: albo się poddam albo coś zmienię. Byłam tak wkurzona na siebie i całą sytuację, że powiedziałam sobie głośno: „Dość!”. Wygooglałam dziesięć najbardziej polecanych książek o wychowaniu dzieci, wybrałam z nich trzy, które wydały mi się najbardziej adekwatne do mojej sytuacji i zaczęłam czytać.

Można pomyśleć, że było już nieco późno na czytanie tego typu poradników mając już kilkulatka, lecz wcześniej skupiłam się na czytaniu poradników z instrukcją obsługi noworodka, bo żyłam w przekonaniu, że moja intuicja w zupełności wystarczy, że przecież wychowanie dzieci nie jest czymś skomplikowanym, że wystarczy coś wyjaśnić, ustalić, ewentualnie przypomnieć i tyle. Nie wiem, ilu rodziców miało lub ma nadal podobne przekonania. Dziś mogę się do tego przyznać bez poczucia winy. Bycie rodzicem to przecież proces, a bycie świadomym rodzicem wymaga i czasu i zdobywania wiedzy, a nade wszystko podjęcia decyzji, że właśnie takim rodzicem chcę zostać.

Często jako rodzice skupiamy się na tym jak wychowywać dziecko, a nie dlaczego to robimy. Gdy zderzymy się z wyzwaniami, jakie stawia nam nasza rosnąca w szalonym tempie pociecha, zaczynamy poszukiwać najwłaściwszych metod i rozwiązań. Kiedy płaczu nie da się utulić mlekiem, zmianą pieluchy lub żartobliwymi minami, musimy wspinać się na wyższy poziom kreatywności i zaangażowania. Lecz bez zdobycia odpowiedniej wiedzy i poznania dlaczego nasze dziecko zachowuje się tak, a nie inaczej, bez odpowiedzenia sobie na pytanie, po co wychowujemy dzieci, dojdziemy donikąd, utkniemy w przekonaniu, że wszystko „samo się ułoży”, dziecko „samo wyrośnie” i „jakoś to będzie”.

Wyparcie czy parcie?

Znów się wkurzyłam. Mimo przeczytania pokaźnego stosu książek i stosowania najbardziej odpowiadających dla nas rozwiązań, kłopoty nie ustawały. Wręcz przeciwnie, po znaczących zmianach w naszym życiu, jak przeprowadzka, pojawienie się rodzeństwa i rozpoczęcie nauki w przedszkolu, napady złości, bunty, niesubordynacja i przekraczanie wszelkich granic nasiliły się. Znów poczułam się bezradna.

Skargi od wychowawców, pogardliwe spojrzenia przechodniów, kiedy moje dziecko zachowywało się niewłaściwie, czy uwagi od najbliższych, że robię coś nie tak, pomimo wkładania wysiłku sprawiały, że znów zaczęłam popadać w poczucie winy. Założę się, że wielu z Was chociaż raz tak się poczuło. Jednak, gdy już raz wyszłam z macierzyńskiego dołka, postanowiłam drugi raz do niego nie wpadać.

Poprosiłam dyrekcję przedszkola o obserwację dziecka przez psychologa. Wtedy po raz pierwszy padła propozycja, by zdiagnozować córkę pod kątem zaburzeń integracji sensorycznej. Moja frustracja i bezsilność popchnęła mnie do wykonania tej diagnozy w trybie ekspresowym, pomimo strachu, że coś z moim dzieckiem jest nie tak. Mimo strachu przed jeszcze nieznanym i przed ocenianiem. Tak. Oceniania bałam się najbardziej. Oceniania mnie i mojego dziecka. Ten strach sprawił, że mało brakowało a zrezygnowałabym z diagnozy.

Wtedy nie miałam absolutnie żadnej wiedzy na temat zaburzeń integracji sensorycznej i jak to wpłynie na przyszłość mojego dziecka i nasze życie po diagnozie. Strach przed zmianą, wyjściem poza swoją strefę komfortu, przekonanie, że „jakoś się ułoży” i z czasem dziecko „samo wyrośnie” sprawiały, że się wahałam. Pójście do psychologa stanowiło też wyjście poza strefę komfortu i podjęcie nowego, nieznanego jeszcze wyzwania. Ponieważ komfortu z bycia mamą od dłuższego czasu nie miałam, stwierdziłam w końcu, że nie ryzykuje zbyt dużo.

Dziś, z perspektywy czasu, patrzę na tę Maję, świeżo upieczoną mamę, która tak naprawdę walczyła sama ze sobą, ze swoim strachem i poczuciem wartości a nie z dzieckiem. I jak bardzo wielu innych rodziców, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, wypierałam to, że potrzebuję pomocy, pomocy „lekarza od duszy albo nerwów”.

W naszym kraju, niestety, nadal panuje przekonanie, że pójście do psychologa jest równoznaczne z przyznaniem się, że jest się słabym i niedoskonałym. Jakże to błędne przekonanie i jakież to przykre, że strach przed ocenianiem doprowadza do sytuacji, że krzywdzimy nie tylko naszych najbliższych, ale także i siebie. Dobrze, że dziś mówi się głośno o tym, by nie oceniać innych zbyt pochopnie. Ocenianie jest krzywdzące, powoduje blokady, brak akceptacji i obniżenie samooceny. Ocenianie jest po prostu okrutne, a mimo to nieustannie wpadamy w pułapkę porównań, złotych porad na wszystko i bezkompromisowej krytyki.

Dobrze, że się wkurzyłam i podjęłam walkę, bo dziś nie boję się podejmowania kolejnych, niekoniecznie związanych z macierzyństwem wyzwań.

Proces

Po trzech latach zajęć terapeutycznych córka zrobiła ogromne postępy, chociaż nadal wymaga wsparcia i dużej dawki wyrozumiałości. Podobnie jest z synem, który krok po kroku rozwija swoje umiejętności dzięki zajęciom integracji sensorycznej, których potrzebuje. Jestem przekonana, że gdyby nie rzetelność i życzliwość psychologów, terapeutów i pedagogów byłoby nam znacznie trudniej.

Diagnoza i zgłębianie krok po kroku potrzeb naszych dzieci, pozwoliło nam też zrozumieć, z jakiego powodu zdarza im się zachowywać niewłaściwie. Dzięki tej świadomości jesteśmy wobec siebie bardziej wyrozumiali, a także podejmujemy walkę o akceptację i wyrozumiałość otoczenia lub nie przejmowanie się reakcjami niektórych osób. Dzięki diagnozie nabrałam większej pewności siebie i potrafię poradzić sobie w trudniejszych sytuacjach. I chociaż jestem zaskakiwana nowymi wyzwaniami, wyrobiłam sobie nawyk poszukiwania rozwiązań i nie poddawania się, jeśli moje pomysły się nie sprawdzą.  Wychowanie dzieci to przecież proces, który stawia rodzicom ciągle nowe wyzwania i prowokuje do nieustannego poszukiwania sposobów na rozwiązanie sytuacji lub kłopotów.  Tylko od nas zależy, czy podejmiemy się tych poszukiwań.

Nieusprawiedliwienie

Wyrozumiałość nie jest równa usprawiedliwianiu. Bardzo łatwo jest potraktować diagnozę jako usprawiedliwienie niewłaściwego zachowania dziecka. „Moje dziecko bije innych, bo jest sensorykiem. Moje dziecko łatwo się złości, bo ma zaburzenia SI. Moje dziecko nie jest w stanie wysiedzieć w jednym miejscu dłużej podczas zajęć, bo już tak ma. Moje dziecko jest zamknięte w sobie i nie chce się z nikim bawić, bo takie już jest.” To pułapka, w którą można łatwo wpaść.

Owszem, dziecko zachowuje się niewłaściwie, bo ma zaburzenia, to fakt. Jednak nie można postawić tutaj kropki. Lepiej szukać rozwiązań. Skoro dziecko ma zaburzenia integracji sensorycznej i trudno jest mu wysiedzieć w jednym miejscu podczas zajęć, zagwarantujmy mu dawkę ruchu, spacer lub krótki pobyt na placu zabaw. Jeśli jest zamknięte w sobie, wymyślmy strategię, jak je zachęcić do wspólnych zabaw, choćby małymi krokami, bez forsowania na siłę.

Takie podejście wymaga ogromnego zaangażowania przede wszystkim rodziców, ale też wychowawców. Dobrze, jeśli wspiera nas w tym specjalista, który poda przykładowe rozwiązania. Prawda jest jednak taka, i tu odwołuje się tylko i wyłącznie do swoich własnych doświadczeń, że od kreatywności i zaangażowania rodzica zależy najwięcej. Na pewno się zdarzy, że nasze pomysły i rozwiązania się nie sprawdzą i trzeba będzie szukać nowych. Będziemy musieli też walczyć o wsparcie dziecka w przedszkolu lub szkole, nawet jeśli będzie to oznaczało zmianę placówki na taką, w której dziecko otrzyma odpowiednie zaangażowanie wychowawców. Bywa i tak, że poradnia nie spełni naszych oczekiwań i trzeba będzie znaleźć prywatną opiekę. Wszystko zależy od środków i czasu jakimi dysponujemy. Nie ma prostych rozwiązań, jednak warto podjąć wyzwanie i zawalczyć o dobro dziecka, by w przyszłości było samodzielne, by z pewnością siebie i otwartością brnęło przed siebie w tym skomplikowanym i trudnym świecie.

Nie chcę namawiać Cię do jakichkolwiek zachowań i decyzji, lecz jeśli czujesz bezsilność i poczucie winy to znak, by przełamać strach lub poczucie komfortu i zacząć szukać rozwiązań i wsparcia. Co zrobisz, zależy tylko od Ciebie. Chcę się jedynie podzielić z Tobą własnymi doświadczeniami i uświadomić, że warto podejmować dialog i szukać rożnych rozwiązań. Nie ma jedynej właściwej drogi w meandrach rodzicielstwa. To przygoda, którą każdy rodzic i każde dziecko przeżywa indywidualnie. To droga przez łąki ukwiecone śmiechem, bagna codziennej rutyny, doliny spokoju, jak i przez trudne, górzyste szlaki wyzwań.

W poszukiwaniu wsparcia

Muszę przyznać, że do tej pory na swej drodze spotkałam mnóstwo życzliwych osób. Czasami coś się nie układało i pojawiła się potrzeba radykalnych zmian,  czasem musiałam dość stanowczo postawić na swoim. Cieszę się, że kilka problemów udało mi się w ten sposób rozwiązać. Jednak nie miałaby tej pewności siebie i woli walki, gdybym nie zdecydowała się na diagnozę córki i zdobywanie wiedzy o tym, jak moje dziecko postrzega świat. Sięgam też często wspomnieniami do własnego dzieciństwa i próbuje sobie przypomnieć swoje uczucia w podobnych sytuacjach, w których znalazły się moje dzieci. Dzięki temu mogę próbować rozszyfrowywać problemy, z jakimi się mierzą. Nie oznacza to, że mam rozwiązanie na wszystkie kłopoty. Wychowanie to ciągłe poszukiwanie, sprawdzanie, testowanie i cieszenie się z drobnych sukcesów, jak i przełykanie porażek. Jeszcze dużo przede mną i wiem, że nadal pojawią się momenty bezsilności i poczucia klęski. Zdarzy się, że nie będzie obiadu. Z tą różnicą, że nie zapadnę się w sobie. Raczej wzruszę ramionami mówiąc „Taki dzień” i kupię słoik z zupą. A jutro będę gotowa na nowe wyzwania.

———————————————

Starałam się szczerze pisać o tym, co czułam i przeżyłam na początkach mojej drogi jako rodzica. Dzielę się tym, bo zakładam, że nie jestem jedynym rodzicem, który czuje się podobnie. To mały fragment mojej historii. Ty tworzysz swoją i mam nadzieję, że będziesz ją tworzyć z odwagą, pomimo strachu lub gorszych dni.

Przy tej okazji chcę podziękować wychowawcom i terapeutom moich dzieci, bez których byłoby więcej bezsilnych dni bez zupy: p. Natalii, trzem Magdom, dwóm Agnieszkom, p. Kamili, Patrycji oraz Asi, a także obu dyrektorkom placówek, do których uczęszczają moje dzieci. Od wszystkich tych osób i wielu innych otrzymuję sporą dawkę życzliwości i pomocy. Dziękuję 🙂

———————————————

Poniżej lista książek, które mi pomogły:

„Pozytywna Dyscyplina” i „Pozytywna Dyscyplina dla przedszkolaków” J. Nelsen – to nie tylko metody rodzicielstwa bliskości, ale zbiór wskazówek, dlaczego dzieci zachowują się niewłaściwie, jak i o niewłaściwych zachowaniach rodziców. PD odpowiada dlaczego pojawiają się problemy wychowawcze i co możemy zrobić oraz w jaki sposób. To kompendium wiedzy, by tworzyć pełne empatii, szacunku i satysfakcjonujące relacje rodzinne.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber i E. Mazlish – nazywam ją trochę żartobliwie książką techniczną na temat wychowania dzieci. Pokazuje, jak sam tytuł wskazuje „jak”. Zabrakło mi w tej pozycji „dlaczego”, żeby zrozumieć problemy, z jakimi mierzą się rodzice i dzieci. Na to pytanie odpowiedziała „Pozytywna Dyscyplina”. Książka ta jest zatem dobrym uzupełnieniem i podaje praktyczne rozwiązania.

„Dialog zamiast kar” Z. A. Żuczkowska – polecam tą pozycję, by zrozumieć dlaczego ani kary ani nagrody się nie sprawdzają i co możemy zrobić, by wychowywać bez nich, co jest trudne, bo żyjemy w rzeczywistości i wśród ludzi, którzy nieustannie nas oceniają. Mimo to, warto podjąć ten wysiłek, by budować w dziecku pewność siebie i poczucie sprawczości nad własnym życiem.

„Karty narzędzi Pozytywnej Dyscypliny” – są cudowne, bo to kieszonkowa wersja rozwiązań na różne sytuacje i to dla całej rodziny! To gotowe pomysły, a raczej drogowskazy do tworzenia samodzielnie pomysłów na rozwiązanie Waszych codziennych i niecodziennych problemów.


 

Trochę się napracowałam przy tworzeniu tego wpisu i zawsze staram się być szczera w tym, co robię. Jeśli uważasz ten tekst za wartościowy, podziel się proszę nim z innymi. Może ktoś inny też znajdzie w nim coś dla siebie – inspirującego albo kojącego 🙂

Dziękuję!

Maja, mama Julki i Szpulki oraz dwóch realnych dzieciaków

Podziel się:

Poprzedni wpis
Manifest
Następny wpis
W bańce

2 Komentarze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Wymagane jest wypełnienie tego pola.
Wymagane jest wypełnienie tego pola.
Proszę wprowadzić prawidłowy adres e-mail.

Menu