Kochanie, nie bój się

[vc_acf field_group=”2522″ field_from_2522=”field_5f67acc991e40″ align=”center” el_class=”wpis-media”][vc_acf field_group=”2522″ field_from_2522=”field_5f67adc491e41″ align=”center” el_class=”wpis-media”]

Jestem panikarą. Boję się dość często, bo mam zbyt wybujałą wyobraźnię, dlatego nie oglądam horrorów. Nie mogę potem zasnąć.  Odkąd zostałam mamą pojawiła się inna kategoria strachu. Nie żeby lęk towarzyszył mi cały czas i zdominował moje życie. Po prostu jest jego nieodłącznym elementem, jak i inne uczucia.

Czego się boisz?

Jako mała dziewczynka, jak wszystkie dzieci na całym świecie bałam się potworów, które miały lada chwila wyskoczyć z szafy czy spod łóżka. W ciemności zwyczajne przedmioty przerażały, bo mrok zmieniał ich kształty i wyglądały inaczej, jak coś obcego, co wtargnęło do pokoju i nie zamierzało go opuścić. Tajemnicze hałasy nie pozwalały zasnąć, bo trudno było rozpoznać skąd dobiegają i co je wywołało. Dziś nie wierzę w takie potwory i nie boję się potworów w szafie, czy pod łóżkiem. Teraz są gdzie indziej.

W młodości najbardziej bałam się odrzucenia, że nie spełnię oczekiwań rodziców, przyjaciół z podwórka, czy szkoły. Jak sięgam pamięcią, ciągle próbowałam udowadniać, że ze wszystkim sobie radzę, robiłam dobrą minę do złej gry, że wszystko wiem i nic mnie nie zaskoczy. Nieśmiałość maskowałam poczuciem humoru i gadatliwością, a strach albo ryzykowaną odwagą albo zwyczajną ucieczką. Ten mały potwór nadal gdzieś we mnie siedzi, ale robi się coraz mniejszy, bo bardziej niż wtedy akceptuję siebie. Odrzucenie już tak nie przeraża, kiedy nie odrzucamy samych siebie.

W dorosłym i samodzielnym życiu, jeszcze nie tak dawno, bałam się problemów. Za wszelką cenę chciałam ich uniknąć, bo z trudem przychodziło mi stawić im czoła. Kombinowałam, co tu zrobić i w jaki sposób, aby problem się nie pojawił, by nie było kłopotu, czy sprawy, która wprawi mnie w zakłopotanie. Starałam się unikać błędów za wszelką cenę.  Pewnie dzięki temu lubiłam kryminały – tam trzeba było myśleć, przewidywać, analizować, rozwiązywać cudze problemy, tyle, że tam działo się to bez konsekwencji. Te uniki okazały się jednak zgubne. Jako matka szybko odkryłam, że od problemów nie da się uciec ani ich przewidzieć, a błędy i porażki są wpisane w nasze życie. Postanowiłam wreszcie się z tym pogodzić.

Bałam się też braku akceptacji. Całe szczęście, czy to los, czy może geny obdarowały mnie umiejętnością kameleona. Bardzo łatwo przychodziło mi dostosowanie się do otoczenia, do innych ludzi, dzięki temu byłam raczej lubiana i dość lekko kroczyłam przez życie. Przynajmniej mogłoby się tak wydawać, jednak to, co na zewnątrz, w środku wcale takim być nie musi.

Duże demony

Bycie kameleonem prędzej, czy później się mści. Długotrwała gra w tego, kim nie jesteśmy, kosztuje. Długo nie mogłam odnaleźć siebie ani zaakceptować tego, jaka jestem. Kompleksy rosły, a ja czułam się zagubiona, Trzepotałam się w życiu, jak flaga na wietrze. Gdzie zawiało, tam poleciałam. Nie miałam nad sobą kontroli. Nie wiedziałam, co chcę robić, a nade wszystko nie akceptowałam siebie. W rezultacie walczyłam sama ze sobą, a moje poczucie wartości było na zewnątrz, uzależnione od opinii innych. Gdy czułam się akceptowana, byłam szczęśliwa, gdy mnie odrzucano, brałam to do siebie i wpadałam w poczucie winy. Ciężko przeżywałam porażki.

Gdy skończyłam 30tkę poczułam, że siebie lubię, nawet za to, że potrafię być kameleonem. Czy to z racji upływających lat, czy może zdobywanej wiedzy i doświadczenia, stwierdziłam, że mam gdzieś, co inni sobie o mnie myślą i zaczynałam robić to, co mi sprawia przyjemność, mówić to, co niekoniecznie ktoś chciałby usłyszeć i przestałam się do wszystkich dostosowywać. Poczułam namiastkę wolności i wielką odwagę, że jeśli czegoś naprawdę chcę, jestem w stanie to osiągnąć.

 

Małe demony

No i pojawiły się dzieci. Najpierw była ogromna radość, ale dzień po dniu dochodziłam do wniosku, że znów zabrano mi wolność. Przewlekła anemia, nadmiar obowiązków i notoryczne zmęczenie dawały się we znaki. Pojawił się też nowy strach: czy potrafię być dobrą matką, czy będę umiała wychować dziecko na w miarę zaradnego i szczęśliwego człowieka i jak do cholery to zrobić? Córka okazała się bardzo do mnie przywiązana, wielu twierdziło, że sama ją od siebie uzależniłam (taa… jasne). Rezultat był takie, że nie miałam czasu dla siebie, co gorsza wcale go nie szukałam. Poczucie winy, kompleksy, uzależnienie od opinii innych wróciło jak bumerang, ze zdwojoną siłą.

Macierzyństwo nie dawało mi satysfakcji, czułam, że jest obciążeniem i jednocześnie bałam się tego. No, ale jak to? Matka powinna być wniebowzięta, że ma dziecko i z tego powodu być szczęśliwa.

Dół był jeszcze większy, kiedy po pierwszych miesiącach w przedszkolu słyszałam ciągle skargi na zachowanie córki. Co tu dużo mówić, czułam się beznadziejną matką. Pomimo czytania poradników i tego, że szło mi coraz lepiej w ogarnięciu wielu rodzicielskich sytuacji, nadal czułam się niewolnikiem swojego życia.

 

Egzorcyzmy

Nie, nie, z krucyfiksem nie biegałam, to nie moja bajka. Gdy dowiedziałam się, że córka ma zaburzenia integracji sensorycznej, otworzyły się nowe możliwości. Gdy terapia dawała rezultaty przyszło też zrozumienie dla zachowań córki i wyrozumiałość dla samej siebie. Poczułam ulgę, a poczucie winy gdzieś się ulotniło. Urodził się syn i okazało się, że dzięki temu mam jakby więcej czasu dla siebie (Paradoks, nie? Jednak córka okazała się być bardzo opiekuńcza i zamiast dręczyć mnie ciągłą zabawą ze mną, bawiła się z braciszkiem). Poczułam wiatr w skrzydłach!

Obudziłam się jakby z letargu i z większą radością podchodziłam do wszystkiego. Gdy syn podrósł i poszedł do przedszkola, stwierdziłam, że to jest właściwy moment, aby przemyśleć, co chcę robić i jak chcę żyć. I właśnie wtedy podjęłam decyzję o pisaniu książek. Dzięki tej decyzji odżyłam. Wiedziałam, że zrobię to zarówno dla siebie, jak i rodziny, że to da mi ogromną satysfakcję. Ba! Ta satysfakcja jest jeszcze większa, bo swoją twórczością mogę wspierać innych, zarówno dzieci i rodziców.

Odnalazłam w sobie odwagę, choć trochę czasu to zajęło, by realizować siebie, czerpać z tego satysfakcję i dodatkowo realizować się zawodowo. Droga, jaką przebyłam do miejsca, w którym jestem teraz, uzmysłowiła mi, że nie warto się bać problemów i trudności, bo tylko od naszych chęci zależy, czy je rozwiążemy lub pokonamy. Nadal się boję, że tą pewność siebie stracę, ale powtarzam sobie ciągle, że skoro tyle już mi się udało i jednocześnie tak wiele spartoliłam, to w zasadzie nie mam się czego bać!

Czyżby?

Życie jest nieprzewidywalne i może nas zaskoczyć. Kiedy jesteśmy czymś zaskoczeni, czymś, czego się nie spodziewaliśmy, zaczynamy się bać. Strach, jak każde inne uczucie wywołuje określone działanie. Albo się  buntujemy przeciwko temu, co nas zaskoczyło albo to wypieramy albo jesteśmy niezdolni do racjonalnych działań, a czasem przechodzimy do ofensywy. Każdy z nas inaczej reaguje na strach. W sytuacji szczególnie trudnej, nie jest łatwo zapanować nad lękami, w szczególności, kiedy boisz się nie tylko o siebie.

W nowej sytuacji nie wiemy, jak się zachowamy. Może warto być wtedy dla siebie jeszcze bardziej wyrozumiałym. Nie musimy akceptować sytuacji, w której się znaleźliśmy, możemy zaakceptować strach, by zrozumieć, czego się tak na prawdę boimy w tej nowej sytuacji i co mogę zrobić, by poczuć się pewniej.

Pewność siebie bierze się z pracy nad własną emocjonalnością. Być może, jeśli podejdziemy do naszego uczucia jak do tropu, czy wskazówki i rozszyfrujemy co za nim się kryje, może się okazać, że będziemy mogli nasze emocje oswoić i potraktować je jak drogowskaz, który pomoże nam się przygotować i zmierzyć z sytuacją, w której do tej pory nie byliśmy.

Nie dajcie się strachowi.

 

Podziel się:

Poprzedni wpis
Nowy towarzysz Julki
Następny wpis
Szpulka – gniotek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Wymagane jest wypełnienie tego pola.
Wymagane jest wypełnienie tego pola.
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.